o katastrofie smoleńskiej… część 4

Z powodu ograniczeń czasowych, zwykle staram się, pisząc bloga w jednym poście poruszyć jak najwięcej wątków, co niewątpliwie wpływa na ograniczoną przejrzystość moich wywodów, niemniej jednak pozostanę przy tej formie, której zalet upatruję w kojarzeniu z pozoru różnych wydarzeń, bezwzględnie jednak ściśle ze sobą powiązanych.

W ostatnich dniach daje się zaobserwować nowa fala samobójstw, dotykających świadków katastrofy smoleńskiej. Remigiusz Muś, technik pokładowy Jaka-40 przybyłego do Smoleńska wraz z dziennikarzami tuż przed upadkiem prezydenckiego samolotu – jak dobrze rozumiem – przeżył załamanie nerwowe, które miejmy nadzieję nie miało związku ze składanymi przez niego zeznaniami, pozostającymi w sprzeczności ze stenografiami nagrań z czarnej skrzynki samolotu TU-154. Otóż z jego ust dowiadujemy się, że podchodzące do lądowania samoloty JAK, TU oraz rosyjski IŁ otrzymywały dyspozycje kontrolera lotów do zniżenia do wysokości 50 m, czyli wysokości będącej połową wysokości minimalnej dla lotniska w Siewiernyj. Nie wiemy na ile to jest istotne, bo skądinąd wiadomo, że kpt. Protasiuk odejście na tzw. drugi krąg usiłował przeprowadzić z wysokości 100 m, czyli wysokości którą wskazywały karty podejścia. O co więc chodzi z tymi 50 m ? Rzecz jest w tym, że w stenogramach zapisano, że wypowiadane przez kontrolera lotów komendy odnosiły się do wysokości 100 m, a nie podawanej przez Remigiusza Musia wysokości 50 m. Mamy więc tylko dwie możliwości, albo świadek Muś kłamie albo… stenogramy nagrań z czarnych skrzynek zostały sfałszowane. Nie daje mi spokoju jedna myśl mianowicie, dlaczego Remigiusz Muś miałby kłamać, wiadomo wszak, że się nie przesłyszał, skoro powtarzał, że komenda odejścia na drugi krąg z wysokości 50 m dotyczyła trzech samolotów co oznacza, że wypowiadana była przynajmniej trzykrotnie. Warto dodać, że Remigiusz Muś bardzo dobrze znał język rosyjski oraz to, że wspominał coś o dwu wybuchach, których pochodzenia nie potrafił wytłumaczyć.

W tym miejscu przechodzimy do kolejnego wątku, dotyczącego zamiany ciał ofiar katastrofy. Wiemy już, że w grobie Anny Walentynowicz leżała Pani Teresa Walewska-Przyjałkowska, zaś niebawem wyjdzie zapewne na jaw, co sugerują już nieoficjalne przecieki, że w grobie prezydenta Kaczorowskiego pochowano inną ofiarę katastrofy. Dlaczego to jest ważne, przecież koniec z końcem, zwłoki ofiar tego rodzaju katastrof zwykle są mocno zdeformowane, więc pomyłka miała prawo się przydarzyć ? Owszem, tak. Tylko, że pamiętamy dokładnie zapewnienia minister Kopacz o jej obecności podczas sekcji zwłok, o zaangażowaniu w proces identyfikacji ciał, o udziale wreszcie w sekcjach zwłok polskich prokuratorów i patomorfologów, które okazały się wyssane z palca. Skoro komuś nie przeszkadzało, że w blasku flaszy na oczach milionów do prezydenckiej trumny wkłada nie mając pewności ciało innej osoby, zasługującej wprawdzie na równie godny pochówek, niemniej jednak nie piastującej nigdy funkcji Ryszarda Kaczorowskiego, którego inskrypcje wypisano na trumnie i grobie w Świątyni Opatrzności Bożej, to czy ktoś taki cofnąłby się przed podaniem do protokołu sekcyjnego nieprawdziwych danych ? Ponownie stawiam to samo pytanie w odniesieniu do Szanownej Pani Anny Walentynowicz, ikony i założycielki „Solidarności” nie tej esbeckiej, która przyniosła Polsce Magdalenkę i „grubą kreskę” ale tej prawdziwej „Solidarności”, która pociągnęła miliony, trud i wysiłek których zmarnotrawiono, czego ostatnim symbolem i znakiem są rządy Tuska, Sikorskiego i pozostałych trampkarzy, sprowadzające Polskę do roli międzynarodowego „cwela”. W jaki sposób pytam, prowadzono sekcje zwłok, kluczowe dla ustalenia bezpośrednich przyczyn śmierci ofiar katastrofy smoleńskiej, jeżeli nie ustalono nawet ich tożsamości ? Skąd wiadomo, że odniesione rany, były wynikiem przebiegu katastrofy, a nie wcześniej przebytych operacji o których informowały zapewne rodziny ofiar ? Wszystko wskazuje na to, że protokoły sekcyjne zostały w całości sfałszowane. Warto zadać sobie pytanie po co ? dlaczego ? Wiemy dobrze, zgodnie z ustaleniami komisji MAK-u i Millera, że mieliśmy do czynienia z rażącymi błędami niewyszkolonego pilota, naciskami Kaczyńskiego i pijanego Błasika, podganiającego „debeściaków”.

Osobiście nie mam najmniejszych wątpliwości, że stenogramy nagrań z czarnych skrzynek zostały sfałszowane, podobnie jak i dokumentacja sekcyjna, czego dowodem były zeznania Remigiusza Musia najlepiej tłumaczące, dlaczego oryginały tych skrzynek dotychczas zalegają w Moskwie, a on sam nie doczekał starości.
Jeżeli wsłuchamy się w wykłady naukowców zaangażowanych w wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej (22 październik 2012 r.) do których nikt z „ekspertów” komisji Millera nawet jednym słowem się nie odniósł oraz raz jeszcze w zeznania świadka Remigiusza Musia, odnoszące się do usłyszanych wybuchów, znajdziemy i wytłumaczenie, dlaczego wrak samolotu TU-154 dalej spoczywa na rosyjskim lotnisku.
Teoria zamachu dokonanego na lotnisku w Siewiernyj jest dziś wersją najprawdopodobniejszą, a co najważniejsze, coraz bardziej przebija się do świadomości największych sceptyków i zwykłych lemingów. Duża rolę w rozwoju tej świadomości odegrała polityka gospodarcza rządu, ogłupiającego swój elektorat „młodych, wykształconych, z dużych miast, korzystających z konta na facebooku” perspektywą rozwoju zawodowego po szkołach marketingu, zarządzania, dyplomacji, stosunków międzynarodowych i czego tam jeszcze… elektorat, który powoli ale jednak, przejrzał na oczy. Rząd każe im te oczy zasłaniać teraz maską przed palnikiem, który obsługiwać będą wbrew jego optymizmowi, jedynie najzdolniejsi, czyli ci, którzy zdołają posiąść czeladnicze papiery spawacza, reszta zaś, można przypuszczać, trafi „na zmywak” w Anglii lub pomocników murarza, bystrzejsi betoniarza-zbrojarza.

Zastanawia mnie także czy dojście do władzy partii, która jednoznacznie postawi kwestię tzw. katastrofy smoleńskiej na szali stosunków polsko-rosyjskich musi oznaczać otwarty konflikt z Rosją w tym, nie wykluczając, zbrojny. Sam sobie odpowiadam zaraz, że to jedynie kwestia czasu. Rosjanie, może nie tyle jako naród ale reprezentujący ich KGB-owcy, publikując zdjęcia zabitych, dają jednoznaczny sygnał: „karta katastrofy smoleńskiej będzie jeszcze wielokrotnie przez nas rozgrywana, nie zmarnujemy jej”. Polityka polskiego rządu sprowadzająca się do oddania cnoty Rosjanom nie przyniosła z ich strony szacunku, a i przyobiecana damie lekkich obyczajów zapłata, nie wpłynęła. Polska wpisując się jak ulał w rosyjską koncepcję „bliskiej zagranicy”, straciła wszystkich sojuszników, którym nie potrzebny jest partner czmychający na jedno tupnięcie nogą. Należy przygotować się więc na dalsze niespodzianki. Stawka jest duża, jako że Rosja żyje z surowców, handel nimi jest ich „być albo nie być”, przez co odkrycia gazu łupkowego w Polsce mogą podkopać fundament tego państwa. Nie ma się co łudzić, będą oni bronić tego fundamentu do upadłego…

Nie musimy jednak – jak czyni to rząd Tuska – postrzegać siebie w roli ofiary. Rosja to potężny i silny kraj ale ma jeszcze potężniejszych i silniejszych przeciwników, zwłaszcza na Dalekim Wschodzie. Mam tu głównie na myśli Chiny, Japonię ale i być może i Indie.
Dłuższy konflikt z Polską, który niechybnie ujawniłby braki kadrowe i sprzętowe rosyjskiej armii, mógłby sprowokować wymienionych wyżej do działania, które byłoby początkiem końca Rosji. Dlatego tak ważne jest dobrze się do tego konfliktu przygotować, nie w sensie spektakularnej kontrofensywy ale trwania w tym konflikcie dłuższy czas, który może przynieść nieoczekiwane rozstrzygnięcia, również bardzo korzystne dla Polski. Potrzeba teraz naprawdę dużo mądrości, rozważnej polityki i modlitwy o pokój, który najlepiej zabezpieczymy przygotowując się wszyscy do najgorszego…

Leave a Reply

Your email address will not be published.