o katastrofie smoleńskiej, tchórzostwie, poddaństwie, wymiarze sprawiedliwości i kryzysie… cz. 3

Od dawna zastanawiam się co by to było, gdyby 10 kwietnia 2010 roku zaraz po upadku prezydenckiego samolotu, Tusk i jego rząd, a przede wszystkim Sikorski, Miller i Klich, zrobili to co do nich należało, czyli zamiast obściskiwać się z byłymi KGB-cami, wszech i wobec oświadczyli, że strona polska nie będzie akceptować ani uznawać żadnych ustaleń strony rosyjskiej, odnośnie przebiegu katastrofy. Nie ma wątpliwości, że sytuacja polityczna, jaką wówczas by wytworzono, drastycznie odbiegałaby od obecnej w której rządzący, zamiast stymulować działania w kierunku wyjaśnienia przyczyn katastrofy, zmuszeni są kluczyć pomiędzy faktami i unikać odpowiedzi na pozostające bez odpowiedzi i wciąż piętrzące się pytania o to, jak naprawdę było ?, a wszystko to dla ratowania się przed odpowiedzialnością, której w przypadku wyborczej klęski wiedzą dobrze, że nie unikną.

Na tę chwilę nikt nie przesądza o odpowiedzialności karnej części członków rządu, niemniej jednak nie można jej wykluczyć, czego dowodem są działania samej władzy, przestraszonej perspektywą wieloletnich więzień, do tego stopnia, że postanowiła ona wziąć w obronę podrzędnych urzędników, których najpierw, wystawiono prokuraturze jako „kozłów ofiarnych”. Ta znalazła się przez to w matni (sprzeczne sygnały płynące od rządzących) z której postanowiła wyjść w dość oryginalny sposób, taki mianowicie, że stwierdzając zaniedbania i winę po stronie nieboraków, z faktu tego wyprowadziła jedynie logiczny wniosek, potwierdzający ich całkowitą bezkarność. Gdyby chodziło o Kowalskiego, podpierającego się po pijanemu na rowerze, takie wnioskowanie określono by zwrotem „naruszenie praworządności” w przypadku zaś ludzi władzy, prokuratura „załatwia sprawę”, korzystając z enigmatycznego kodeksowego zapisu pod tytułem: „brak ustawowych znamion czynu zabronionego”. I wszystko jasne. Ludzie władzy są nietykalni i tak ma być. Koniec kropka. Wszystkim wara od tego.

Na tym prawdopodobnie nie koniec bo, jak wiadomo, kij ma dwa końce. Nim jednak przejdę do sedna, pozwolę sobie, odnieść się do zagadnienia dyspozycyjności, rozumianego jako cecha charakteru do perfekcji przyswojona przez ludzi pozatrudnianych w organach ścigania, przyprowadzanych do służby publicznej przez matki, ojców, ciotki i wujków, funkcjonujących tam jeszcze w czasach najsiermiężniejszej komuny, kiedy to po wielokroć bezpośrednio w Moskwie, powyrabiano w nich bezwarunkowy odruch posłuszeństwa wobec najdrobniejszego prikazu sekretarza podstawowej organizacji partyjnej. Rozsądny instygator, dobrze więc słucha, co mówią i przygląda się co robią rządzący (zazwyczaj są to dwie różne rzeczy), wytyczający politykę karną, która – jak wiadomo – jest zmienną. Chodzi tylko o to, żeby na czas zareagować na nadchodzący zwrot i do nowej polityki się dostosować, utrzymując przede wszystkim posadę. Poglądy nie mają tu żadnego znaczenia, podobnie zresztą jak wyznanie czy narodowość, nie ma żadnych pryncypiów i wartości. Kupczy się tym wszystkim bezecniej, niż na najpodlejszym bazarze, który mógłby stanowić wzór zasad i honoru w zestawieniu z tym lupanarem, który na domiar każe się szanować, a wszystkim sprzeciwiającym się wygraża, bo – jak mawia – dla pełnienia swej funkcji, musi zachować Wiarygodność i Zaufanie Publiczne, koniecznie pisane przez duże litery.

Poczyniłem te mało odkrywcze uwagi, ponieważ zaobserwowałem podobieństwo, pomiędzy przebiegiem śledztwa smoleńskiego i angażowaniem do niego lojalnych oficjalnej wersji katastrofy prokuratorów, a reakcją rządu na drugi koniec kija o którym wyżej wspomniałem, noszącym nazwę – kryzys, pomalutku wprawdzie, ale stale i coraz dotkliwiej odczuwanym przez przyzwyczajonych wyłącznie do brania wyborców. Na marginesie dodam, że są partie, głównie z lewa (nazwy proszę sobie samemu podobierać), w których ta grupa stanowić może – jak przypuszczam – 90 i więcej procent. Na razie, wszelkiej maści specjaliści od ekonomii tzw. poważni ekonomiści, uspokajają i tłumaczą, że to pokłosie dekoniunktury, która dociera do nas z zachodniej Europy (słowo „zachodniej” dla niezorientowanych stanowić ma synonim porządku i bogactwa) i kiedy minie, znowu popłyną pieniążki, a kto wie, może uda się zorganizować kolejną bibę za miliardy, a la EURO 2012.
Przykłady Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch a ostatnio słyszy się i o Niemczech, które uważane są za lokomotywę, ciągnącą europejski wóz w nowym dla tego państwa kierunku, już nie narodowego ale paneuropejskiego socjalizmu, wskazywać mogą, że jest inaczej. Wydaje się, że rozprzestrzeniający się w tzw. zachodniej Europie kryzys, może mieć charakter permanentny, co oznacza, że nigdy się nie skończy. Jeżeli jednemu z wymienionych krajów, uda się osiągnąć w którymś roku dwuprocentowy wzrost, może się on okazać szczytem marzeń i możliwości. Dzieje się tak m. in. z powodów demograficznych, a nade wszystko mentalnościowych, stojących na drodze do zreformowania irracjonalnych systemów ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych, finansów publicznych, systemu podatkowego i wielu innych dziedzin gospodarek europejskich, kulejących na skutek przyrodzonych wad, produkujących – jak się ich potem nazywa – „złych ludzi” czy stały brak środków, których nie wystarczyłoby w żadnej wysokości.
I to są realne problemy, którym trzeba stawić czoło i je rozwiązywać.

Tymczasem na przybyły z Zachodu kryzys, przeto i swój los, rząd znalazł odpowiedź w inicjatywach jednego z ministrów, który nie gdzie indziej, ale w samym Berlinie (lepsze miejsce można wyobrazić sobie jedynie w Moskwie) odkrywczo stwierdza, że to dzięki długom, pogłębiła się federacja amerykańska i szwajcarska i tak może stać się teraz z Unią Europejską, a konkretnie Niemcami, które stanęły przed niepowtarzalną szansą przejęcia zobowiązań i w zamian za nie zlikwidowania części krajów, wśród nich dobrze byłoby, gdyby i Polski. Cenę stanowiłyby zapewne „stołki” dla członków rządu, którzy korzystając z faktu wyeliminowania w Smoleńsku elit niepodległościowych państwa polskiego „na gorąco” korzystając – mam nadzieję – wyłącznie z naiwności ministra, sondowali możliwości rozlokowania się w ponadnarodowym rządzie, administrującym czymś w rodzaju „polnische landen”. Nieco zdziwieni Niemcy, zignorowali przedstawioną propozycję, nie dlatego zapewne, że nie byli nią zainteresowani, ale słusznie uznali po prostu, że suma zobowiązań, które w zamian trzeba byłoby przejąć, znacznie przekracza wartość inwestycji w armię, która niezbędna byłaby do pokonania państwa polskiego, demontowanego przez rząd w Warszawie. Skończyło się na tym, że do berlińskich propozycji ministra nikt nie chciał się przyznać, przez co został on z nimi sam, tłumacząc je jako „autorskie”.

Tak więc, do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej rząd zaangażował dyspozycyjnych śledczych, a przy rozwiązywaniu pogłębiających się problemów gospodarczych, sam stał się dyspozycyjny. Być może to przypadek, a być może, wyraz słabości charakteru czy intelektu. Tak czy owak, kwestia katastrofy smoleńskiej i kryzys, to dwa wyzwania z którymi w ten sam sposób zmaga się rząd w Warszawie, za wszelką cenę usiłujący zagwarantować sobie miękkie lądowanie, którego na razie nie udało się zorganizować w Berlinie, w wypadku mniej lub bardziej gwałtownego (np. wyjścia ludzi na ulice) zwrotu w polityce. Jednakże, jak niemożliwe było wprowadzenie demokracji przez komunistów i zapełnienie przez nich pustych sklepowych półek, bo to elementy nieodłącznie, immanentnie towarzyszące ich rządom, tak PO, nie uda się przezwyciężyć, po pierwsze kryzysu z którego wyjścia szukać może jedynie w postaci na okrągło podnoszonych podatków i zaoferowania obcym swego poddaństwa po drugie, problemu katastrofy smoleńskiej do rozwiązania którego, zaangażowała spolegliwą prokuraturę, najprawdopodobniej z jakichś obiektywnych powodów. Oczywiście ani ze zjawiska kryzysu ani dyspozycyjności prokuratury nie należy się cieszyć, są one na wskroś niekorzystne dla Polski i Polaków, stanowią jednakże obiektywne fakty z którymi upragniona przez Kaczyńskiego IV Rzeczpospolita, będzie musiała się zmierzyć, zaraz po swym zawiązaniu. Jestem pewien, że rozsądna polityka gospodarcza i podatkowa, szybko może uwolnić niezbędną dla rozwoju inicjatywę Polaków, tamowaną m. in. przez unijne prawodawstwo, administrację i horrendalne podatki. Prawdziwe natomiast niebezpieczeństwo kryje się w tym, by nie ulec pokusie wykorzystania ludzi tzw. wymiaru sprawiedliwości, wśród nich przede wszystkim prokuratorów, do własnych celów. Ludzie ci, obserwując nadchodzący zwrot, mogą zacząć oferować swe usługi nowej władzy. Na krótką metę takie działanie, mogłoby okazać się skuteczne, czego najlepszym dowodem jest obecna sytuacja, niemniej jednak, pozwolę sobie wyrazić ostrzeżenie przed wdawaniem się w negocjacje czy rozmowy z patologią, rozwijającą się w oparciu o najniższe instynkty – strachu, wręcz tchórzostwa.

Konstatując, należy powiedzieć: najpierw głębokie reformy wymiaru sprawiedliwości (stanowiska prokuratorskie wybieralne, najlepiej spośród osób spoza środowisk prawniczych TAK ! – proszę Państwa – do tego zawodu nie potrzeba wiedzy prawniczej – od tego są biura prokuratorskie, podobnie sądownictwo musi raz na zawsze przestać kojarzyć się z dożywotnią ciepłą posadką, bo to żaden gwarant niezawisłości i niezależności), a dopiero potem obiektywny sąd nad winnymi zaniedbań. Nie trzeba się tego obawiać. Zebrane już teraz dowody matactw przy śledztwie smoleńskim są na tyle silne, że ludziom, zwyczajnie uczciwym, pozwolą zająć się sprawą i osądzić ją na miarę ludzkich możliwości, sprawiedliwie. Tego sobie wszyscy życzmy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>