Gdzie stoi solidarność a gdzie ZOMO ?

Pozwolę sobie, podzielić się z internautami swoim przykrym doświadczeniem związanym ze stałym gubieniem i pozostawianiem w przypadkowych miejscach telefonu komórkowego do którego jakoś, nie potrafię się przywiązać. Słowo „przykrym” rezerwuję wyłącznie do kwestii utraty numeru, było nie było, przydatnego przy prowadzonej działalności i do obsługi rachunków bankowych, utraty szczęśliwie jednak, nie bezpowrotnej. Ów telefon, z racji swojego wieku i dodajmy licznych śladów zużycia, nie był w stanie pełnić roli, którą współczesnym telefonom przyznają producenci, prześcigający się w wyposażaniu ich w najbardziej podstawowe funkcje do których zaliczyć należy pomoc użytkownikom w zabijaniu nadmiaru wolnego czasu oraz ich ogłupianie, wlewające w duszę błogość i przenajświętszy spokój. Od pokoleń wiadomo przecież, że nic tak nie męczy jak myślenie i zastanawianie się nad otaczającą nas rzeczywistością. Od przykrości tej zwolnić może telefon. Świetnie zagospodarowuje czas i rozum, mogące zostać nierozważnie zaangażowane w medytowanie, kontemplowanie czy dumanie, bolesne przez ich wynik – w określonych środowiskach, dający podstawę zdiagnozowania ciężkiej choroby, kryjącej się pod nazwą schizofrenia, prowadzącej wprost do samobójstwa, tak popularnego ostatnio w kręgu osób, których świadomość i rozum właśnie, poprowadziły ku niewygodnej (czytaj: chorobliwej) wiedzy, którą chcieliby się tu i ówdzie podzielić…
Co gorsza, nie sposób jest ustalić, czy to może my już chorujemy, czy to może jednak z Polską, zarażoną chłamliwymi ideami, raz to ze Wschodu, innym znowu razem z Zachodu, arogancko i impertynencko, a być może i skrytobójczo, wdrażanymi stale przez tych samych ludzi, coś nie tak.

Wróćmy jednak do telefonu i jego utraty w okolicznościach tak odmiennych, przez fakt, że wpadał on w ręce różnych kategorii ludzi, zupełnie do siebie niepodobnych. Pierwszy raz telefon wypadł z płytkiej kieszeni kurtki na jednym z przystanków tramwajowych i już wieczorem z powrotem był w moich rękach, dzięki nadzwyczajnej uczciwości znalazcy, który sam odszukał w kontaktach bliskie mi osoby i na własny koszt (!), telefon był na kartę na której nie było żadnych środków, poszukiwał właściciela, tj. moją skromną osobę. Innym razem, zaginął nie wiadomo gdzie, gdy jednak, powróciwszy do domu, zadzwoniłem na jego numer, sympatyczny głos wskazał mi adres pod którym przygotowany jest do odebrania. Dodam, że w każdym przypadku, znalazcę starałem się wynagrodzić, wręczając znaleźne w wartości dorównującej bądź przekraczającej wartość zguby. Nieco pokrzepiony postawą ludzi w których ręce trafiał telefon do końca uśpiłem swą czujność, także nadszedł wreszcie trzeci i jak się miało okazać ostatni raz. Dzwonię pod numer zagubionego telefonu, słyszę że został odebrany, ale w słuchawce cisza. Próbuję się przedstawić, wyjaśnić, gdy wtem rozmowa zostaje zakończona. Dzwonię drugi i trzeci raz ale tym razem, sygnał telefonu wskazuje nieodbierane połączenia. Wreszcie czwarty raz i wszystko jasne, telefon wyłączono, przepadł na zawsze.
Na pewno zastanawiacie się Państwo jaki to ma związek z polityką i prawem o których traktuje prowadzony przeze mnie blog. Zanim to wyjaśnię, pozwolę sobie odnieść się do zarzutów formułowanych wobec Kaczyńskiego przez tzw. mainstream’owe media, co do sposobów – jak to się teraz pięknie mówi – „uprawiania” przez niego polityki, polegających – w skrócie mówiąc – na „dzieleniu ludzi”. Założenie, by „nie dzielić” jest oczywiście piękne i polega na uznaniu, że wszyscy jesteśmy równi, nie różnimy się niczym, mamy wobec tego te same prawa. Paradoks polega na tym, że sama idea jest tak samo szlachetna jak i przewrotna zarazem przez to, że każdego kto się jej sprzeciwia, osobie czerpiącej „wiedzę” o wydarzeniach w kraju i na świecie ze stacji radiowych i telewizyjnych, podających ją razem z rządową propagandą co do tego jak to jest pięknie dzięki Unii Europejskiej, a jak niebawem będzie jeszcze piękniej, łatwo jest przedstawić jako wyrzutka społeczeństwa, najlepiej faszystę. Komuniści, spośród których wywodzi się większość tzw. uznanych i cenionych autorytetów, dokonujących jedynie słusznej wykładni i oceny polityków którzy potrafią jednoczyć (Tusk, Komorowski czy Palikot) i tych którzy dzielą, jak Kaczyński czy Ziobro, mają lepszą od faszystów cenzurkę, dlatego w ostatnim czasie obaj ci Panowie, rzadziej zaliczani są w poczet tej zbrodniczej grupy.
Przykład utraconego telefonu, którym się posłużyłem to najlepszy dowód na to jak jesteśmy różni. Uczciwość jednych, przeplata się z nieuczciwością i złodziejstwem drugich. Nie ma pomiędzy nimi żadnych znaków równości, pomimo że należą do tej same grupy narodowej, kulturowej, etnicznej czy religijnej (duża część spośród pospolitych przestępców deklaruje się jako katolicy, choć jest zupełnie jasne dla zdroworozsądkowo myślącego człowieka, że nimi nie są, tak samo jak nikt nie zaliczy ich w poczet koni czy samochodów, przez samo złożenie deklaracji, co do któregoś z tych wcieleń). Złodziej to nie ten sam co okradziony, ten który donosił, to nie ten sam na którego donoszono, morderca to nie to samo co ofiara. Wreszcie ci, którzy stoją po stronie wciąż w licznych kręgach żywej idei solidarności, znajdującej najpełniejsze odzwierciedlenie w ruchu narodowowyzwoleńczym i społecznym „Solidarność”, jak się okazało w jego najwyższych władzach i kręgach do reszty spacyfikowanym przez SB, ci którzy stoją tam, gdzie kiedyś stała prawdziwa solidarność narodu i myśli, wbrew temu co usiłuje nam się wmówić, nie są tym samymi, którzy się tej idei sprzeniewierzyli, którzy stoją teraz tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Ktoś może zapytać na czy polega to sprzeniewierzenie ? Znajduje ono wyraz w postawie pełnej tchórzostwa, matactw i zaprzaństwa (jak w przypadku tzw. katastrofy smoleńskiej), prowadzenia państwa i narodu według interesu partyjnego i sondaży, wprost do katastrofy finansów publicznych i liczne inne przykłady, których nie wymieniam z obawy przed skostniałym wymiarem sprawiedliwości, gdzie ludzie ci chodzą jak po swoje, po wyroki ferowane wbrew obiektywnym i sprawdzonym faktom, jakże często wbrew prawu.
Zapytam inaczej czy człowiek, który kradnie, będzie zwolennikiem partii ideowej, która chce walczyć ze złodziejstwem ? Odpowiedź wydaje się prosta ale jak się okazuje nie dla wszystkich.

W związku z powyższym mój apel do Pana Kaczyńskiego o więcej podziałów, więcej porównań, więcej prawdy o ludziach, choćby najbardziej zasłużonych i ich czynach, więcej uczciwości choćby miało się okazać, że cnota ta nie zakorzeniła się dostatecznie mocno w demokratycznej większości, głos której ma zdecydować o wynikach wyborów, więcej solidarności, prawa i sprawiedliwości ! Nie jesteśmy tacy sami, jak się nam wmawia. Mamy kilka Polsk i nie ma znaku równości pomiędzy Polską bezrobotnych, tych którym płaci się minimalne stawki i tych którzy z biedy wybierają emigrację a grupą tych, którzy w wyniku złodziejskich prywatyzacji przede wszystkim pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, podorabiali się miliardów. To nie są ich pieniądze. Nie wpływały na ich konta dlatego, że zrealizowali jakiś pomysł, coś wynaleźli, opatentowali i wprowadzili w życie ale dlatego, że hołdując zasadzie „pierwszy milion trzeba ukraść” ze złodziejstwa i mętnych komityw, uczynili sobie intratne źródło dochodu.
Pisałem już o tym, ale jak mantrę powtórzę. Nie ma znaku równości pomiędzy tymi, którzy o Polskę walczyli i tymi, którzy chcąc zapewnić sobie lepszy byt, poszli na służbę komunistów i ich idei zniewolenia narodu i państwa, choćby uczynili to bez przekonania, jak usiłują to teraz wykazać.
Nie ma znaku równości pomiędzy donosicielami i tymi na których donoszono, pomiędzy mordercami i ich ofiarami, pomiędzy złodziejami i okradanymi, pomiędzy oszustami i oszukiwanymi, wreszcie pomiędzy kłamcami i okłamywanymi.
Podział ten ma charakter obiektywny. Stworzony został przez morderców, złodziei, donosicieli, oszustów i kłamców, a nie – jak się to przedstawia – przez ofiary, okradanych, tych na których donoszono, oszukiwanych i okłamywanych.
Nie będzie mi tu nikt wmawiał, że jest inaczej.

A tak swoją drogą, korzystając ze środków masowej komunikacji i przyglądając się współpasażerom zastanawiam się często, jaki procent z nich w przypadku, gdy wróciłyby stare czasy komunizmu albo przyszły nowe, okupacji rosyjskiej czy niemieckiej, zdecydowałoby się podpisać volkslistę lub jej podobną esbecką lojalkę, po to by jakoś się „ustawić”, jakoś żyć, kupić sobie nowy telefon z gadżetami, którymi chwaliłby się przed kolegami na których jeszcze tego samego dnia donosiłby także swoim ciemiężycielom ?
Nie chciałbym pójść nazbyt daleko w swoich analizach i wnioskach ale bezideowa, typowo materialistyczna postawa, znajdująca odzwierciedlenie w programach znanych w Polsce partii, których z nazwy nie wymieniam z przedstawionego wyżej powodu, akceptowana przez dającą się matematycznie przedstawić grupę ludzi, może być pomocna w ustaleniu tego procentu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>