o katastrofie smoleńskiej… część 2

I o to po bez mała pięciu miesiącach, które upłynęły od dnia kiedy umieściłem swoje spostrzeżenia na temat katastrofy smoleńskiej, dość nieoczekiwanie pojawia się nowy wątek, będący bezpośrednim wynikiem konfliktu pomiędzy prokuraturą cywilną i wojskową. Wszystko zaczęło się od strzałów w policzek prokuratora Przybyła, usiłującego ratować – jak mówił – honor polskiego munduru, który dosłownie gdzieś się zawieruszył wespół z Polskim Wojskiem, znajdującym się de facto w likwidacji, postępującej sukcesywnie wraz z demontażem polskiej suwerennością i niepodległości od państw sąsiednich, mam na myśli Rosję i Niemcy. Tak więc mamy coraz mniej wojska, natomiast czujną prokuraturę wojskową, usiłującą ratować majątek, grabiony będącej w agonii armii. Nie znajduję w tym nic dziwnego, bowiem jak sądzę jest zupełnie jasne, że najlepiej i wszak najbezpieczniej ograbia się nieboszczyka, stąd nie o tym będzie mowa. Na marginesie dodam tylko, że trudno jest mi zrozumieć, dlaczego ochroną tych pozostałych resztek czy raczej ochłapów, których jeszcze nie rozgrabiono, nie miałaby się zająć cywilna prokuratura, która pewnie nie zrobi nic, ale to nic i tak nie postawi jej niżej od prokuratury wojskowej, a cały zabieg pozwoliłby jednak, mimo wszystko, zaoszczędzić nieco publicznego grosza.
W obronie jednak swoich, umownie to nazwijmy „miejsc pracy”, prokuratorzy ci postanowili posunąć się – jak już wyżej wspomniałem, przynajmniej dla mnie zupełnie nieoczekiwanie – daleko dalej i mocno postraszyć cywili ze strony rządowej, zajmujących się wyjaśnianiem przyczyn tzw. katastrofy smoleńskiej. I oto na jaw wychodzi opinia krakowskiego ośrodka naukowego, który stwierdza, że znajdujące się w stenogramach wypowiedzi, przypisywane dotychczas gen. Błasikowi, temu samemu, którego zeszmacono w raporcie MAK i tzw. komisji Millera… nie należą do niego. Wszak to właśnie obecność tego człowieka, będącego ponoć pod wpływem alkoholu, miała wpłynąć na podjętą przez członków załogi samolotu decyzję, dotyczącą lądowania w uniemożliwiających ten manewr, podobno fatalnych warunkach atmosferycznych oraz wymusiła błędy w pilotażu, nawet laikowi dające się kwalifikować jako elementarne (pomylenie wysokościomierzy barometrycznego i radiowego). Ale na tym nie koniec. Środowisko dziennikarzy mocno zaangażowane w „rozwikłanie” przyczyn katastrofy, nieplanowanie wywołało do tablicy tzw. specjalistów, nazwisk których nie warto przytaczać czy zapamiętywać z których jeden był uprzejmy przyznać w końcu, że zdziwiło go postępowanie Rosjan z wrakiem samolotu, zwłaszcza jego pocięcie i pozostawienie niezabezpieczonym, a drugi, beztrosko a może bardziej nieopacznie oświadczył, że komisja (prawdopodobnie chodzi o komisję Millera), zwracała się do bliżej niezidentyfikowanych naukowców za granicą, którym podobno rozrzut części samolotu nie bardzo pasował do przebiegu katastrofy ustalonej przez tę komisję i jeszcze wcześniej – jak zrozumiałem, rosyjski MAK.
W następnych dniach z kręgów rządowych i mainstream’owych mediów, popłynęło gromkie „nic się nie stało Polacy, nic się nie stało” mające nas przekonać, że to drobne przeoczenie nie podważa ustaleń ani MAK-u ani komisji Millera, które wskazywały złożone przyczyny wynikające z zaniedbań strony polskiej i niewyszkolenia załogi prezydenckiego… przepraszam, rządowego samolotu… Pan Edmund Klich oświadczył, że weryfikacji głosów dokonał na słuch, a poza tym ma inne dowody na obecność gen. Błasika w samolocie, nie ujawnił jednak jakie, zaś rzecznik rządu stwierdził, że nie ma znaczenia był czy nie był, bo życia pasażerom samolotu i tak nikt i nic nie zwróci. Po co więc łapać morderców i złodziei, skoro życia zamordowanym nikt nie zwróci, okradani zaś, znając skuteczność organów ścigania w dużej większości swej własności zapewne i tak nie odzyskają. Szkoda więc na to wszystko pieniędzy, które spożytkować można w innym miejscu np. na potrzeby absurdalnie rozrastającej się administracji.
W innym wywiadzie, tym razem z redaktorem Kraśko, pułkownik Edmund Klich oświadczył, że Rosjanie wylewali swe żale wobec polskich kolegów, na warunki w jakich przyszło im pracować, kiedy to w Polsce, widać niepodatna na manipulację, znaczna część społeczeństwa, przesądziła już o przestępczym przebiegu katastrofy samolotu TU-154M. Interesujące to, bo zdaje się, że to Rosjanie byli i są w posiadaniu wszelkich dokumentów i dowodów zatrzymanych po to, by móc udowodnić właśnie, że katastrofa samolotu z Prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie była komunikacyjnym wypadkiem. Dalej mogliśmy usłyszeć, co też za inne dowody wskazują na obecność gen. Błasika w kabinie pilotów. I oto dowiadujemy się, że jego ciało znaleziono w jej środku. Nikt tego wprawdzie nie widział i nie jest w stanie potwierdzić, ale skoro tak mówią Rosjanie, no to na pewno wiedzą co mówią. Wszystko wskazuje zarazem na to, że to wojskowi prokuratorzy jako pierwsi rozpoznali głos gen. Błasika na nagraniach utrwalonych w „czarnych skrzynkach”, to jako pewnik przyjął dopiero Edmund Klich i rozpowiedział gdzie było trzeba, żeby wieść ta, mająca rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego faktu, szybko obiegła opinię publiczną. Jeżeli więc głosu Błasika nie na w stenogramach nagrań, można ostrożnie ale z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że wśród załogi go nie było. Jak więc w kabinie pilotów mogło znaleźć się jego ciało ? Wytłumaczenie wydaje się proste. Najpierw, wojskowi prokuratorzy skierowali podejrzenia co do wpływu na katastrofę na gen. Błasika na podstawie przypisanych mu słów, których jak się jednak okazuje nie wypowiadał (pewnie więc siedział i milczał), a dopiero potem ktoś wpadł na pomysł, żeby powiedzieć, że wśród pilotów znaleziono jego zwłoki. Jeżeli za katastrofą tego samolotu rzeczywiście nic się nie kryje, to po co ktoś zmyśla i rozpowszechnia takie rzeczy ? Po co ktoś mówi, że na załogę samolotu naciskał Prezydent Kaczyński w domyśle po rozmowie ze swoim bratem Jarosławem Kaczyńskim ? Po co wmawiano, że za sterami samolotu siedział gen. Błasik ? Po co mówiono o „debeściakach” którym dorównać próbowali piloci samobójczego w gruncie rzeczy lotu ? Po co wreszcie rozgłaszano słowa, rzekomo wypowiedziane przez jednego z członków załogi, których teraz niegdzie nie odnajdziemy, wyrażające ich wspólne obawy o życie w wypadku gdy samolot w Smoleńsku jednak nie wyląduje – „jak nie wylądujemy, to nas zabije” ? Pytam się, po co było tyle tych kłamstw, skoro mamy do czynienia ze zwyczajnym wypadkiem komunikacyjnym ? Kim jest ten „ktoś”, kto podrzucał – co naiwniejszym dziennikarzom albo po prostu tym o sprawdzonej już woli mącenia, na dobre wykrzywionej przez polityczne ideologie, umownie nazwijmy je lewicowymi – fałszywe informacje ? Na te i inne pytania każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam. W każdym bądź razie niech nikt nie myśli, że jego to nie dotyczy. Ryba wszak gnije od głowy, stąd „doły” bacznie przyglądające się „górze” dochodzą do skądinąd słusznego przekonania, że tak może być, że pokrzywdzonych, którym stać się może każdy z nas, można po prostu wykiwać, zwłaszcza gdy nie przyprowadzą za rękę sprawcy dokonanego na nich przestępstwa. I proszę mi wierzyć, że naprawdę wiem o czym piszę, a prawdziwość tych słów potwierdzić może niejeden pokrzywdzony, który zetknął się z tzw. organami ścigania, a potem z tzw. sądem, czy jak kto woli „wymiarem sprawiedliwości”.
Sprawa katastrofy smoleńskiej przydaje zarazem asumpt do głębszych przemyśleń na temat tego jak z ust tych patologicznych kłamców pozatrudnianych w prokuraturach i redakcjach gazet czy telewizji, wydobyć choć krztę prawdy ? Bardzo nurtowało i nurtuje mnie to pytanie. Nie ma na nie prostej odpowiedzi. Jedno jest pewne, że wszystkie rozpowszechniane wiadomości w najpoczytniejszych gazetach i telewizjach o największej oglądalności, należy traktować z najwyższą nieufnością. Wszystkim Państwu szczerze tego doradzam, także po to, by uniknąć w przyszłości problemów prawnych, które jak uczy doświadczenie wynikają niejednokroć z nadmiernej wiary w sprawność systemu, którego poziom zdegenerowania katastrofa smoleńska obnaża jak żadna inna sprawa. Strzeżcie się Państwo tego systemu i ludzi którzy w nim działają. Pamiętajmy, że działania te podejmowane są zwykle bez świadomości szkód które wyrządzają ci ludzie w roli – jakby powiedział o nich Lenin – „pożytecznych idiotów”. Dla utrzymania pracy (czytaj: „stołków”) i stabilizacji, na najniższym często poziomie, wykonają wszelkie powierzone im zadania ze szkodą dla prawdy i Państwa legalnego interesu, choćby najdobitniej wypowiedzianego w najwyższych rangą aktach prawnych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>