o katastrofie smoleńskiej…

Wypowiadanie się o katastrofie smoleńskiej w okresie ostatnich piętnastu miesięcy nie było i nie jest bezpiecznym zajęciem z uwagi na groźbę posądzenia o niesprawność umysłową, niezdolność rozumienia i kojarzenia faktów i temu podobne ułomności, które z debaty publicznej wykluczyć mają tych, którzy lansują tezę odmienną od mainstream’owych mediów, od początku przesądzających „wypadkowe” przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu. Postanowiłem jednak zaryzykować i doszlusować ewentualnie do grona wyrzutków, a skłonił mnie do tego opublikowany przed dwoma tygodniami tzw. raport Millera, mający być odpowiedzią na raport rosyjskiego MAK-u, oba dokumenty dotyczące przyczyn katastrofy. Raporty te, de facto zbieżne, odpowiedzialnością obarczają nieżyjących pilotów, działających pod presją – jak przekonywano w pierwszych dniach po katastrofie – Prezydenta Kaczyńskiego, którego w następnych dniach zastąpił szef protokołu dyplomatycznego Kazana, miejsce którego ostatecznie, zajął będący pod wpływem alkoholu gen. Błasik. To z jego ust miano odczytać rzucane jeszcze na lotnisku w Warszawie w kierunku kapitana Protasiuka słowa potwierdzające „naciskową” wersję katastrofy, wspieraną tezą dyletanckiego przygotowania załogi samolotu, niezdolnej do właściwych reakcji, które zastąpiła brawura, dowiedziona młodzieżowym slangiem wypowiadanym przez członków tej załogi, wykrzykujących coś o „debeściakach” i swoich nadzwyczajnych zdolnościach. W ciągu tych ostatnich piętnastu miesięcy karmiono nas tego typu informacjami, których nie sposób byłoby nawet wszystkich zebrać w jedną logiczną całość, co ostatecznie uprawnia do wysnucia wniosku, że sprawie od samego początku towarzyszyła gigantyczna wprost akcja dezinformacyjna, będąca efektem jej głębokiego upolitycznienia.
Przy okazji całego nieszczęścia, padały górnolotne deklaracje o potrzebie zachowania dobrosąsiedzkich relacji z sąsiadami Polski w tym przede wszystkim z Rosją z którą – zupełnie nie wiedzieć czemu – tzw. katastrofa smoleńska miała nas szczególnie zbliżyć. Pierwszym symptomem tego zbliżenia stało się bezgraniczne zaufanie do rosyjskiego partnera, któremu w całości przekazano do prowadzenia śledztwo w sprawie katastrofy, ustalenia którego – jak mogliśmy się o tym przekonać już w lutym 2011 r. – niewiele odbiegały od tych dokonanych w sprawie, umownie to nazwijmy, mordu katyńskiego. Niestety ustalenia polskiej komisji poszły tym samym śladem, za co już w dniu opublikowania wyników jej prac z samej Moskwy popłynęły dla niej pochwały za wykonaną pracę. Może ktoś zapytać, skąd zainteresowanie sprawą – w końcu zajęli się nią specjaliści, których ekspertyzy poparte są uczonymi teoriami i obliczeniami, wartość których trudno przecież podważyć. Otóż można się z tym zgodzić, jednakże wyłącznie pod pewnymi warunkami. Zakładając, że przeprowadzone ekspertyzy, pochodzące tak od rosyjskiej jak i polskiej komisji są poprawne, spodziewać należałoby się już dziś od apolitycznej przecież prokuratury, podjęcia stosownych działań, wobec najwyższych rangą urzędników odpowiedzialnych za bałagan i stan państwa, który jak mniemam, utrzymuje się i który przerwany może zostać wyłącznie poprzez radykalne posunięcia, bynajmniej nie jedynie personalne. Na razie jednak nie widać żadnych ruchów właściwych organów (chyba że zaliczyć do nich poszukiwania „kozłów ofiarnych” spośród oficerów rozwiązanego już 36 pułku) co niezbicie dowodzi, że słusznie sądzą one, że postawienie komukolwiek zarzutów na podstawie tak wątłych dowodów jak przeprowadzone ekspertyzy, będzie po prostu niemożliwe. No bo wyobraźmy sobie przed sądem biegłych, rozpytywanych na okoliczność dostarczonej przez nich opinii, wydanej w zasadzie bez zetknięcia się z materiałem dowodowym, względnie z jego fragmentami, właściwie nie wiadomo nawet na ile ważnymi. Materiał dowodowy, uznany za istotny w sprawie, przejęli Rosjanie i to oni są jego wyłącznymi dysponentami, stąd w tym sensie im jedynie przysługuje realne prawo do opiniowania przyczyn katastrofy. Uczynili to już lutym 2011 r. Z tym terminem prace wszelkich innych komisji powinny zostać zakończone jako bezwartościowe i bezużyteczne, bowiem wobec powyższego, zupełnie logiczną rzeczą jest, że pracując w warunkach, które uniemożliwiają im samodzielne gromadzenie materiału do ekspertyzy, staną się oni marionetkami w rękach włodarzy tego materiału. Żaden rozsądny biegły czy ekspert nie będzie przecież dostarczał innemu biegłemu czy ekspertowi materiału o którym wiedziałby, że prowadzi do odmiennych wniosków, niż te które zostały przez niego wyprowadzone. Wiedząc o istnieniu takiego materiału, aby pozostać konsekwentnym, musiałby zmienić własne wnioski, bądź ten materiał po prostu zataić. Prowadzący ekspertyzę na podstawie dostarczanego mu materiału przez innego eksperta, to nie ekspert tylko klient tego pierwszego, z którym nie trzeba się liczyć i co za tym idzie, traktować poważnie. To właśnie z tego powodu w tak ważnej dla państwa polskiego sprawie powinny zostać przeprowadzone ekspertyzy przez różne ośrodki na własną rękę zbierające dowody bądź stwierdzające ich brak, ujawnienie którego, obligować powinno śledczych czy ekspertów do ustalenia jego przyczyn. Tak się jednak nie stało, czego efektem jest tzw. raport Millera, wartość którego, jako materiału dowodowego, oceniam bardzo nisko. Dociekliwy obserwator może jednak na jego podstawie, dość dokładnie ocenić poziom i zakres polityczności prokuratury w tym sensie posiada on więc cenne walory. Tak więc na chwilę obecną wygląda to tak, że mamy raport Anodiny, jedyny prawidłowy, natomiast czy prawdziwy, każdy ocenić musi sam, według tego co mu rozum wskazuje. Jego przyjęcie gwarantuje na jakiś czas względną stabilizację w stosunkach polsko-rosyjskich na mizernym wprawdzie poziomie, czego wyrazem niech będzie szykowana Polsce podwyżka cen gazu do 400 $ za 1000 m3 (prawdziwych kosztów nikt nie zna, bowiem są one skrzętnie ukrywane, tzn. że mogą być one dużo wyższe, słychać raz po raz i o 1000 $, wiadomo na pewno, że jest to najdroższy gaz w całej Europie) co oznacza, warto to podkreślić, że przebijemy relację wyrażoną dzisiejszym stosunkiem, według którego, płacimy za ten surowiec 2x więcej niż Chiny. Niech więc nikogo nie zdziwią w najbliższym czasie niepokoje i plajty w polskich firmach, zużywających ten surowiec.
Tymczasem chciałbym skoncentrować się na innych ustaleniach dotyczących katastrofy prezydenckiego samolotu, zawartych w tzw. białej księgi Maciarewicza, czy jak kto woli PIS-u. Przy okazji jej lektury pojawiają się skądinąd wskazania i zalecenia dla Pana Maciarewicza, by ten skorzystał z pomocy lekarskiej tej samej, którą oferowano mu już w roku 1992, kiedy powstała tzw. lista Maciarewicza, wartość i prawdziwość której po 19 latach jej funkcjonowania w „obrocie politycznym”, nikt przy zdrowych zmysłach nie ośmieliłby się zakwestionować. Wiele wskazuje na to, że i ze sporządzoną przez tego człowieka „białą księgą” może być podobnie, bowiem jej wartość oparta jest na dociekliwości, którą ani raport Anodiny ani Millera się nie pokalał. Warto rozpocząć od kontekstu w jakim ta katastrofa nastąpiła i podjętego na jego podstawie tropu, identycznego jak ten, który wiedzie do sąsiada, poprzedniego dnia prowadzącego na klace schodowej słyszalny wszystkim spór z innym sąsiadem, zwłoki którego następnego dnia odnaleziono w piwnicy. Nikt nie przesądza winy przesłuchiwanego, bo przecież śmierć mogła być naturalna, bądź zostać spowodowana działaniem innych osób, nie mniej jednak, trudno byłoby się dziwić postępowaniu policjanta, kierującego swe kroki pod konkretny adres, wskazywany palcem przez mimowolnych świadków scysji.
Podobnie przedstawia się sprawa św. p. Lecha Kaczyńskiego pozostającego w oczywistym sporze z Kremlem i bardzo silną w Polsce do dziś jego agenturą wpływu, gołym okiem widzialną i słyszalną nie tylko w mediach ale i na najwyższych szczeblach władzy państwowej. To właśnie Kaczyński, mimo swoich licznych wad, podjął wysiłek ku ograniczeniu wpływów imperium rosyjskiego na terenach dawnej jego kolonii do których bez wątpienia należał PRL. Likwidacja WSI obnażyła skalę patologicznych zjawisk, których genezy można było się jedynie domyślać jeszcze z okresu prowadzonych w latach 90-tych „prywatyzacji” oraz nominacji dziennikarskich. Te ostatnie wielokrotnie dokonywane były w mediach publicznych i niewiele miały wspólnego z rzetelnością czy uczciwością w zaplanowany sposób służąc interesom grupy osób, gwarantujących utrzymanie wpływów odradzającej się Rosji w odradzającej się Polsce.
To Lech Kaczyński jako pierwszy rzucił Rosjanom rękawicę na Kaukazie, a konkretnie w Gruzji na którą skierowali oni siły mające przypieczętować ich panowanie w tym regionie. W sprawę udało się zaangażować innych prezydentów krajów, które na podstawie zdobytych doświadczeń słusznie uznały, że konieczne jest wiązanie sił rosyjskich z dala od granic ich państw. Trzeba otwarcie powiedzieć, że polityka ta przyniosła zamierzony skutek, obecnie jednak ze zdwojonymi wysiłkami trwoniony.
To Lech Kaczyński naciskał na dywersyfikację dostaw gazu dla Rosji poszukując dla niej konkurentów właśnie na Kaukazie, skąd bieg zacząć miał gazociąg Nabucco. Projekt ten po śmierci Kaczyńskiego skutecznie został storpedowany, między innymi z powodu braku determinacji i woli kontynuowania go przez słabiutki rząd, pozbawiony jego mocnego wsparcia i równie słabego nowego prezydenta.
To Lech Kaczyński wreszcie przez długi czas blokował porozumienie Unii Europejskiej z Rosją na braku którego traciła ona dziesiątki milionów dolarów, bynajmniej nie ze złości na nią ale z powodu jej nieprzejednanej i wrogiej Polsce polityce rozbijania jedności krajów Wspólnoty, poprzez selektywne ich traktowanie, znajdujące wyraz m.in. w embargu nałożonym na polskie mięso i produkty roślinne.
Tylko trzy wymienione wyżej powody, uprawniają mnie do skierowania kroków do sąsiada o którym wiadomo mi, że pozostawał z tragicznie zmarłym Prezydentem RP w głębokim konflikcie. Nie czynię tego po to, by go oskarżać lecz jedynie taktownie zapytać gdzie był on 10 kwietnia 2010 r. pomiędzy godziną 8:00 a 9:00 ? Wzmaga się jednak moje podejrzenie, gdy drzwi zastaję stale zamknięte, a gdy przychodzę po raz któryś uchylają się wreszcie delikatnie i zza nich przychodzi mi wysłuchiwać mętnych tłumaczeń gospodarza.
Zastanawiam się tylko czy naprawdę jest tak, że sprawa śmierci Kaczyńskiego została raz na zawsze zamknięta. Sądzę, że nie. Wróci ona z potężną siłą wraz z nadciągającym milowymi krokami kryzysem, który musi wybuchnąć, chociażby tylko z powodu gigantycznego, stale rosnącego długu publicznego oraz ogólnego załamania finansów państwa, co na pewno wpłynie niebawem na załamanie poziomu życia Polaków, karmionych wciąż propagandą sukcesu, godną istotnie gierkowskich czasów. Im więcej bezproduktywnych stadionów i fontann tym bliżej jesteśmy wybuchu gniewu społecznego i – jak mniemam – wyjaśnienia prawdziwych przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu. Czekam na prawdę, bo wiem, że warto i wiem, że nie ma takiej rzeczy i takiej sprawy, które pozostałaby w ukryciu nie ujrzawszy wcześniej czy później dziennego światła…

Leave a Reply

Your email address will not be published.